Sok pomarańczowy
Pixabay/Wikilmages
Newsy

Mężczyzna wykrył COVID-19 w soku. Jak to możliwe? Ekspert wyjaśnia

Od kilku dni w sieci krąży nagranie, na którym widać, jak ratownik medyczny wlewa niewielką ilość soku owocowego na test antygenowy na COVID-19. Wynik jest pozytywny. Eksperci wyjaśniają, jak to możliwe.
Weronika Kępa
listopad 09, 2020

Testy antygenowe to nowy sposób na szybkie wykrycie antygenu SARS-CoV-2 u potencjalnie zakażonego pacjenta. Jak wiadomo, aby zidentyfikować wirusa należy pobrać próbkę wymazu z gardła oraz nosa, a następnie zaaplikować ją na test. Ten jest łudząco podobny do testu ciążowego. Na wynik nie czeka się dłużej niż kilka minut, oznajmia go liczba czerwonych kresek.

Kasia gotuje z Polki.pl - Ciasto marchewkowe z orzechowym kremem

Test w rękach ratownika

Kilka dni temu tego typu test trafił w ręce ratownika medycznego, który postanowił sprawdzić jego wiarygodność. Zamiast wymazu z nosa i gardła badaniu poddał kilka kropli owocowego napoju. Wynik był pozytywny. Mężczyzna uwiecznił całość na nagraniu, które szybko zyskało popularność w sieci.

Ekspert komentuje sprawę

Sprawa została szeroko skomentowana i skrytykowana przez medyków w całym kraju. Głos zabrała nawet wiceprezes Izby Diagnostów Laboratoryjnych, Matylda Kłudkowska, która wytłumaczyła, że na wynik miało wpływ przede wszystkim kwaśne PH soku.

- Badania laboratoryjne to nie tylko nakropienie czegoś w coś i odczytanie, czy są dwie kreski, czy jedna. Za ich wykonywaniem powinna stać jeszcze wiedza merytoryczna, której w tym przypadku ewidentnie zabrakło. Jako diagności przede wszystkim nie popieramy marnowania testu na tego typu zabawy.

Doktor Kłudkowska zaznacza, że tego typu testy antygenowe zawsze powinni przeprowadzać profesjonaliści. Zapewnia również, że martwienie się o ich wiarygodność jest niemal bezpodstawne.

Źródło: wideo.wp.pl

Komentarze
Mutacja wirusa od norek
Pixabay
Newsy WHO bije na alarm! W Europie szaleje teraz...
Światowa Organizacja Zdrowia bada nowe niepokojące zjawisko. Problem pojawił się już w Danii, USA, Włoszech, Holandii, Hiszpanii i Szwecji. O co chodzi?
Weronika Kępa
listopad 09, 2020

Pierwszy przypadek obecnie panującego koronawirusa odnotowano w Chinach w listopadzie ubiegłego roku. Choroba rozprzestrzeniła się niemal błyskawicznie. Pierwsze przypadki zakażenia pojawiły się w Polsce już w pierwszych dniach marca. Na początku naukowcy podejrzewali, że wirus pochodzi od zwierząt. Potem jednak udowodnili, że nie są one w stanie zarazić ludzi, a sama choroba ma pochodzenie naturalne. Mutacja wirusa W ostatnim czasie na świecie zaczęto jednak obserwować nowe niepokojące zjawisko - po kontakcie z norkami ludzie zaczęli skarżyć się na objawy COVID-19. Jako pierwsza problem zgłosiła Dania będąca największym na świecie producentem futer z norek. Niedługo potem historia powtórzyła się w Stanach Zjednoczonych, Włoszech, Holandii, Hiszpanii i Szwecji. Reakcja na ten stan rzeczy była niemal natychmiastowa. Władze Danii podjęły decyzję o odstrzelaniu 17 mln norek żyjących na terenie kraju, tak, aby zmniejszyć ryzyko zakażenia do minimum. Mimo że w państwie póki co odnotowano tylko 12 przypadków tego typu zakażenia, Wielka Brytania zamknęła granice dla osób przyjeżdżających z Danii. WHO bije na alarm Jak twierdzą naukowcy, nowa mutacja wirusa jest o wiele bardziej niebezpieczna od tej, która panuje obecnie. Oprócz tego, że odznacza się ona mniejszą wrażliwością na atak przeciwciał, to jest kolejną nieznaną chorobą, która może prowadzić do wybuchu zupełnie nowej pandemii. Źródło: o2.pl

Przeczytaj