Lody
Adobe Stock
Newsy

Wykryto koronawirusa w lodach. Skażonych może być ponad 4 tys. opakowań deseru

Koronawirus w sklepie, koronawirus w autobusie. Nie macie wrażenia, że jeszcze trochę i wyskoczy także i z lodówki? Tylko tego brakowało…

Dość już tych ponurych żartów. Okazuje się, i to całkiem serio, że COVID-19 można znaleźć w zamrażarce! A konkretnie w lodach.

Na razie strach padł na amatorów zimnych deserów w Chinach. Skażona partia trafiła do klientów w miejscowości Tiencin.

Magda Gessler odpowiada na pytania

Wirus w jedzeniu

Za wpadkę odpowiada firma Tianjin Daqiaodao Food Company. Ze szczątkowych informacji wynika, że źródłem zakażenia partii słodkości mógł być jeden z pracowników.

Jeżeli jednak normy sanitarne były w fabryce przestrzegane, źródło wirusa mogło leżeć gdzie indziej. Chińczycy z fabryki lodów eksportowali mleko w proszku z Nowej Zelandii i serwatkę z Ukrainy.

Zakażonych mogło być niemal 5 tys. opakować produktu, który trafił do klientów. Chińskie służby od razu wzięły się za ich poszukiwanie.

Kwarantanną objęto za to już niemal 2 tys. pracowników wielkiej fabryki lodów w Tiencin. Informacja o zakażeniu partii żywności obiegła cały świat lotem błyskawicy.

I od razu wzbudziła kolejne dyskusje wśród wszystkich. Chodzi oczywiście o to, czy wirus może przetrwać w jedzeniu i czy taki pokarm grozi ludziom.

Co na to rządowi eksperci?

Sprawdźmy więc to na rządowych stronach. Jak podaje Główny Inspektorat Sanitarny, nie ma dowodów na to, że żywność może być źródłem lub ogniwem transmisji koronawirusa.

Państwowi eksperci zaznaczają, że COVID-19 może utrzymać się na powierzchniach przez kilka godzin, ale potrzebuje do namnażania swoistego gospodarza, czyli człowieka.

Tak czy inaczej, nawet pomimo tego, że sprawa z koronawirusowymi lodami zdarzyła się w Chinach, powinno się zachować szczególną ostrożność.

Chodzi tu właśnie o produkty mrożone. Należy także zadbać o odpowiednie mycie zakupionych w sklepie produktów spożywczych.

 

 

targowisko wuhan koronawirus
Adobe Stock
Newsy
Naukowcy z WHO mają nową teorię na pochodzenie koronawirusa. Chodzi o importowaną żywność
Laboratorium wojskowe w chińskim Wuhan, tamtejsze targowisko z egzotyczną żywnością, a może jeszcze coś innego. Skąd pochodzi koronawirus?

To pytanie rozpala cały świat od początku zeszłego roku. COVID-19 ledwie „wyściubił nos” poza mur chiński, a na całym świecie powstały setki różnych teorii. Zamieszanie spotęgował brak jasnych i sprawdzonych informacji, niekwestionowanych przez żadne państwo, naukowe gremia i światowych decydentów. Chińskie początki Domysłów nie brakowało. Luki i braki w wiedzy ludzie zaczęli zapełniać teoriami spiskowymi. Sęk w tym, że co do pochodzenia COVID-19, nadal trwają naukowe dyskusje i spory. Oficjalna wykładnia Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) jest następująca – koronawirus nie pochodzi od człowieka. Jak powszechnie wiadomo, pierwsze zakażenia na świecie wykryto wśród klientów targowiska z owocami morza Huanan w słynnym już mieście Wuhan. Czy światowe domino ruszyło po kontakcie z felernym nietoperzem? Tego już nie możemy być do końca pewni. Nie da się cofnąć czasu Ostatnie badania WHO dowodzą czego innego. Ponoć najbardziej prawdopodobną hipotezą o pochodzeniu COVID-19 jest „zwierzęcy nosiciel pośredni”. Jednak nie chodzi tu o nietoperza jak początkowo sądzono, a owoce morza i… świńskie łby importowane z różnych miejsc na lokalne chińskie targowisko. Krótko mówiąc, koronawirus nie przeszedł na człowieka najpewniej bezpośrednio z dzikiego zwierzęcia, czyli nietoperza, a pośrednio przez inny, żywnościowy produkt. Tak czy siak, badania nad genezą tego paskudnego zjawiska nie sprawią, że uda się cofnąć czas. Światowa pandemia trwa w najlepsze. Teorie spiskowe W ciągu jej trwania, wiele osób poniosło śmierć nie tylko z powodu choroby, ale także w dużej mierze z powodu niewydolności służb zdrowia w wielu krajach. Oprócz tego w związku z pandemicznym kryzysem, światem wstrząsnęła seria społecznych...

koronawirus w lodówce
Adobe Stock
Newsy
Znaleziono koronawirusa w lodówce i na desce do krojenia. Czy można zarazić się nim przez kontakt z jedzeniem?
W liczącym 10 milionów mieszkańców chińskim mieście Chengdu odnotowano pierwsze od 10 miesięcy lokalne zakażenia koronawirusem. Okazało się, że cząsteczki COVID-19 zagrzały miejsce nie tylko w ludzkich organizmach, ale również na sprzętach kuchennych znajdujących się w domach pacjentów. Z uwagi na rosnącą panikę głos w sprawie postanowili zabrać eksperci.

Do pierwszego zakażenia wirusem SARS-CoV-2 doszło 17 listopada 2019 roku w chińskim mieście Wuhan. Wówczas nikt nie spodziewał się, że epidemia ogarnie wszystkie państwa świata i to w naprawdę zastraszającym tempie. Jednak stało się, COVID-19 dotarł do Polski 4 marca 2020 roku. Tydzień później Światowa Organizacja Zdrowia uznała go za pandemię. Pandemia w Chinach dobiegła końca? Działania chińskiego rządu i statystyki dotyczące zakażeń koronawirusem przez wiele miesięcy obserwował cały świat. Okazało się, że zlokalizowane w Azji państwo bardzo sprawnie poradziło sobie z pandemią, w przeciwieństwie do innych krajów, w których wciąż umierają tysiące osób.  W Chinach kontynentalnych od niemal 10 miesięcy łączna liczba zakażeń nie zmienia się i wynosi nieco ponad 88 tysięcy. Podobnie w przypadku zgonów, które zatrzymały się na poziomie 4635. Choć to wciąż ogromne liczby, wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy dowiedzieli się, że to koniec. Jak się jednak okazuje, to była tylko cisza przed kolejną burzą. Pierwsze od 10 miesięcy lokalne zakażenie Pierwsze od dawna lokalne zakażenie koronawirusem wykryto u 69-letniej mieszkanki Chengdu. W związku z tą sytuacją chiński rząd postanowił przebadać blisko 256 tysięcy osób, a także zamknąć wszystkie szkoły i przedszkola funkcjonujące na terenie miasta. Dodatkowym niepokojem napawał fakt, że ślady COVID-19 wykryto również na żywności znajdującej się w lodówce oraz na desce do krojenia znajdujących się w domu pacjentki. WHO komentuje sprawę Do sprawy postanowiło odnieść się samo WHO. Światowa Organizacja Zdrowia podkreśliła, że jak dotąd nie ma żadnych dowodów świadczących o tym, że do zakażenia SARS-CoV-2  może dochodzić w wyniku kontaktu z żywnością. Nawet jeśli na tej znajdują się cząsteczki...

Mutacja wirusa od norek
Pixabay
Newsy
WHO bije na alarm! W Europie szaleje teraz...
Światowa Organizacja Zdrowia bada nowe niepokojące zjawisko. Problem pojawił się już w Danii, USA, Włoszech, Holandii, Hiszpanii i Szwecji. O co chodzi?

Pierwszy przypadek obecnie panującego koronawirusa odnotowano w Chinach w listopadzie ubiegłego roku. Choroba rozprzestrzeniła się niemal błyskawicznie. Pierwsze przypadki zakażenia pojawiły się w Polsce już w pierwszych dniach marca. Na początku naukowcy podejrzewali, że wirus pochodzi od zwierząt. Potem jednak udowodnili, że nie są one w stanie zarazić ludzi, a sama choroba ma pochodzenie naturalne. Mutacja wirusa W ostatnim czasie na świecie zaczęto jednak obserwować nowe niepokojące zjawisko - po kontakcie z norkami ludzie zaczęli skarżyć się na objawy COVID-19. Jako pierwsza problem zgłosiła Dania będąca największym na świecie producentem futer z norek. Niedługo potem historia powtórzyła się w Stanach Zjednoczonych, Włoszech, Holandii, Hiszpanii i Szwecji. Reakcja na ten stan rzeczy była niemal natychmiastowa. Władze Danii podjęły decyzję o odstrzelaniu 17 mln norek żyjących na terenie kraju, tak, aby zmniejszyć ryzyko zakażenia do minimum. Mimo że w państwie póki co odnotowano tylko 12 przypadków tego typu zakażenia, Wielka Brytania zamknęła granice dla osób przyjeżdżających z Danii. WHO bije na alarm Jak twierdzą naukowcy, nowa mutacja wirusa jest o wiele bardziej niebezpieczna od tej, która panuje obecnie. Oprócz tego, że odznacza się ona mniejszą wrażliwością na atak przeciwciał, to jest kolejną nieznaną chorobą, która może prowadzić do wybuchu zupełnie nowej pandemii. Źródło: o2.pl

Koronawirus, kanapka
Pixabay/Ji-yeon Yun
Newsy
Odkryto nowy, groźny skutek koronawirusa. Zwykłe zjedzenie kanapki może być dla nich dramatem
Osoby, które miały styczność z koronawirusem coraz częściej narzekają na jeden szczegół. Ciekawe, czy zwróciliście na to uwagę.

Do typowych objawów COVID-19 zalicza się wyraźną utratę smaku, wysoką gorączkę i ogólne osłabienie organizmu. Niektórym przypomina grypę, innych kładzie do łóżka na długie tygodnie. Obserwacja chorych pozwala ustalić z jakim wrogiem mamy do czynienia. Do bazy danych dochodzą coraz to nowsze informacje. Kolejny objaw Mimo iż z pandemią mamy do czynienia już od dobrych kilku miesięcy, nadal wiele zagadnień z nią związanych jest dla nas nowością. Objawy nie każdorazowo wyglądają identycznie. Zdarza się, że wirus bywa niezauważalny, a chory nie odczuwa żadnych przykrych dolegliwości. Nasza czujność budzi się z uśpienia dopiero wtedy, kiedy kojarzymy oficjalne objawy z aktualnym stanem naszego organizmu. Jakkolwiek małe by nie były, jedno jest pewne - pod żadnym pozorem nie można ich lekceważyć. Najlepiej od razu skontaktować się z lekarzem prowadzącym i pozostać na jakiś czas w domu. Często zgłaszane objawy COVID-19 to m.in. ciągłe zmęczenie, duszność, kaszel, ból stawów czy niedogodności w klatce piersiowej. Ozdrowieńcy mogą być cennym źródłem dla badaczy. Zaczęli ostatnio zgłaszać zupełnie inny objaw. Dotyczy on problemów z dziąsłami, a nawet wypadania zębów. Specjaliści alarmują Dentyści nie mają wątpliwości, że COVID-19 może podrażniać dziąsła, a także może działać na tyle toksycznie, by powodować wypadanie zębów. Na razie to jedynie wnioski płynące w wywiadów z ozdrowieńcami, jednak specjaliści stawiają pewną hipotezę. Zęby zazwyczaj nie wypadają bez konkretnej przyczyny. Ich ból także jest związany ze stanem zapalnym lub koniecznością pilnej interwencji dentystycznej. Przypadki pocovidowe zgodnie potwierdzają, że dziąsła pacjentów są nadwrażliwe.  Dolegliwości jamy ustanej dotyczą w tym samym...