Sylwester w PRL-u to bale jak i prywatki,  a na nich śledziki, jajeczka i "żabie oczka" Pamiętacie co jadano  w ostatni dzień roku?
wikipedia commons, Adobe Stock
Newsy

Sylwester w PRL-u to bale i prywatki. Na nich jadano śledzika, jajeczka i „żabie oczka”. Pamiętacie?

Władze komunistyczne pozwalały na huczne z zabawy w PRL-u. Przypominamy jak się wówczas bawiono i co podczas Sylwestra stawiano na stołach.

W głębokim PRL-u ludziom nie było specjalnie do śmiechu. W sklepach pustki, w telewizji tylko dwa rządowe kanały i takie samo reżimowe radio. Gdy obywatele chcieli posłuchać dobrej muzyki, musieli polować na płyty czy pocztówki dźwiękowe, które czasem można było dostać w klubach Międzynarodowej Prasy i Książki (dzisiejszy Empik).

Chcąc usłyszeć co się dzieje w kraju, próbowali nasłuchiwać radia Wolna Europa. A chcąc kupić kawałek mięsa, musieli stać w długich kolejkach.

W takich realiach, gdy już rodziny przebrnęły przez trudne przygotowania do Bożego Narodzenia, ignorowanego przez komunistyczną, a przy tym świecką władzę, wszyscy z ulgą szykowali się do przywitania nowego roku. Jak witano nowy rok w PRL-u?

Magda Gessler odpowiada na pytania

Władza ludowa tworzyła własną sylwestrową tradycję

Sylwester był neutralnym, nowym świętem, które rządzący mogli bezpiecznie celebrować. Pozwalali więc hucznie bawić się Polakom. Magazyn Polityka tak wspominał tamte Sylwestry:

- Władza komunistyczna przywiązywała wielką wagę do symboli. Minimalizowała Boże Narodzenie, akcentowała Sylwestra. Tworzyła własne tradycje. Miejscem zabaw stała się aula Politechniki Warszawskiej.

Polacy bawili się na balach, spotykali się w kawiarniach i w domach na prywatkach. Każdy ostatni dzień starego roku żegnano uroczyście, a nadchodzący nowy rok zawsze był nadzieją na nadchodzący, lepszy czas.

Sale balowe były przystrajane papierowymi ozdobami i balonami, a w czasie toastu zamiast fajerwerków rozrzucano papierowe serpentyny i zapalano zimne ognie. Pamiętacie je?

Sylwester w PRL-u to bale jak i prywatki,  a na nich śledziki, jajeczka i
Adobe Stock

Co jadano podczas zabaw sylwestrowych w czasach PRL-u?

Oczywiście sylwestrowy jadłospis różnił się na przestrzeni lat. Polityka pisała o balu w Filharmonii w 1958 roku:

- Co było na stole? Kanapki, napoje w butelkach i tajemniczych karafkach oraz papierosy.

Zobacz także
W tym kraju ulubionym sylwestrowym daniem są parówki. A wy co podacie dziś swoim gościom?

W tym kraju ulubionym sylwestrowym daniem są parówki. A wy co podacie dziś swoim gościom?

Dyspensa na Sylwestra od biskupów. Choć to piątek, możecie jeść mięso, ale.... trzeba za to trochę zapłacić

Dyspensa na Sylwestra od biskupów. Choć to piątek, możecie jeść mięso, ale jest 1 warunek

W latach 70. i 80. na stołach królowały jajka w majonezie, śledziki i talerze z wędlinami. Na gorąco podawano flaczki, a na eleganckich przyjęciach barszczyk.

Podczas pogłębiającego się kryzysu w latach 80. panie domu na prywatki przygotowywały zamienniki prawdziwych dań i na gorąco podawały „żabie oczka”, czyli gruby plaster mortadeli usmażony z sadzonym jajkiem lub zimną wersję „żabiego oczka”, a więc mortadelę faszerowaną jajkiem na twardo i układaną na półmiskach obok innych wędlin.

Do ciast zamiast bakalii dodawały pokruszone herbatniki i samodzielnie kandyzowaną....marchewkę.  Toasty wznoszono zaś głównie wódką i popijano oranżadą. Przed samą północą otwierano rosyjski szampan Sowietskoje Igristoje. 

Źródło: TVP.pl, Polityka.pl

karp 2020
AdobeStock
Newsy
Karpia może zabraknąć na wigilijnym stole. O tę rybę może być trudno
Czas przypomnieć sobie przedwojenne przepisy na wigilijne dania, ponieważ prawdopodobnie w tym roku karp będzie bardzo trudno dostępnym towarem!

Trudno sobie wyobrazić Wigilię bez karpia na stole. Jednak w tym roku całkiem możliwe, że będziemy musieli znaleźć alternatywę dla tej tradycyjnej ryby! Kryzys ekonomiczny spowodowany koronawirusem dotyka wszystkich – także hodowców ryb. Tradycyjny karp? Dziś myśląc o Wigilii oczami wyobraźni widzimy na stole pierogi z kapustą i grzybami, śledzie i inne potrawy, ale zawsze musi się między nimi znaleźć karp. Wydaje się nam, że święta bez tej ryby nie mogą się odbyć. A jedzenie karpia w wigilię to bardzo świeża tradycja! Została zapoczątkowana w latach 70. XX wieku przez komunistyczne władze. Dawniej w Polsce jadano w Wigilię wiele gatunków ryb, które w PRL-u były trudno dostępne lub po prostu drogie. Natomiast karp był łatwy i tani w hodowli, dlatego niespełna 50 lat temu zaczęto gorąco zachęcać Polaków do przyrządzania tej ryby na święta. I tak powstał zwyczaj przygotowywania panierowanego karpia na Boże Narodzenie. Święta bez karpia Bardzo możliwe, że w tym roku będziemy musieli obejść się smakiem i w Wigilię zamiast karpia zjemy coś innego. Wszystko przez pandemię koronawirusa! Z powodu obostrzeń sklepy zamawiają znacznie mniej towaru, ponieważ nie mają pewności, że uda im się wszystko sprzedać. Z tego powodu hodowcy ograniczają rozmnażanie ryb lub wyprzedają nadmiary, ponieważ nie chcą zostać z niesprzedanym towarem. Karp potrzebuje trzech lat, by osiągnąć wagę 1,5 kg – takie ryby najchętniej kupujemy na święta. Hodowcy doskonale wiedzą, że za rok, gdy ich karpie będą ważyły ponad 2 kg, to nikt nie będzie chciał ich kupić. Brak zamówień ze sklepów nie jest jedynym problemem. Zamknięte zostały restauracje, a wiele przedsiębiorstw przeszło na zdalny tryb pracy. W związku z tym odwołane zostały coroczne wigilie firmowe, na których też podawało się karpia. Wpływ na popyt na karpie...

Pamiętacie ten przedmiot? To zwykle dzieci chodziły wymieniać go w sklepie na pełny
Wikipedia Commons
Newsy
Pamiętacie ten przedmiot? Też chodziliście jako dzieci wymieniać go w sklepie na pełny?
Woda sodowa była rarytasem w czasach, gdy nie było gazowanych napojów. I choć często pito ją ciepłą, nikt nie narzekał. Bębelki drażniły gardło i doskonale zaspokajały pragnienie.

Ten rodzaj dużej szklanej butli wypełnionej wodą sodową niektórzy z was pamiętają pewnie z czasów PRL-u. To właśnie wtedy szklane syfony do ponownego napełniania trafiły do naszych sklepów. Od tego momentu wodę gazowaną Polacy mogli pić nie tylko w barach na dworcach czy z saturatorów na ulicach. Mogli ją przynieść do domu i w domu delektować się bąbelkowym płynem. Historia wody sodowej Wodę sodową wynalazł angielski chemik, Joseph Priestley. Nasycił ją dwutlenkiem węgla, który uzyskał z kwasu i sody. Od tych składników pochodzi nazwa: woda sodowa. Działo się to w roku 1777. Z kolei w XIX w. we Francji opracowano syfon przeznaczony do przechowywania wody sodowej. Był to duży pojemnik z grubego szkła, z charakterystycznym zaworem. Po otwarciu zaworu, ciśnienie gazu znajdującego się w butli, wypychało wodę gazowaną na zewnątrz. Były napełniane wodą sodową, a po wyczerpaniu, wymieniane na pełne. W wielu rodzinach zadanie wymiany pustych butli na pełne należało do dzieci. Nierzadki w czasach PRL-u był widok dziesięciolatka, który wrócił ze szkoły, rzucił tornister, wziął pusty syfon po wodzie sodowej, smycz i wolnym krokiem razem z psem szedł do najbliższego spożywczaka po napełniony syfon. Szklane syfony z czasem zostały wyparte przez nowoczesne autosyfony, przeznaczone do samodzielnego napełniania za pomocą nabojów z dwutlenkiem węgla. Popularne napoje z czasów PRL-u We wczesnym PRL-u ludzie nie mieli do picia w domach gazowanych napojów. Gdy byli spragnieni, pili herbatę, albo kompot. Woda sodowa nie była dostępna. Do czasu gdy pojawiły się szklane syfony. Na mieście można było dostać z kolei wodę sodową z saturatora. Tak o nich pisała „Polityka” w artykule „Wrotki, saturator, wuwuzele — czyli wakacyjne hity...

Wielkanoc w PRL-u: post był na rękę władzy, bo półki puste. A ludzie i tak mieli szynkę i przepisy na wielkanocne dania
Wikipedia Commons
Newsy
Wielkanoc w PRL-u: post był na rękę władzy, bo półki puste. Ludzie i tak mieli szynkę i świąteczne przepisy
Ciekawe jak wy pamiętacie tamte czasy i zapasy gromadzone przez mamy i babcie przed świętami.

Prasa kobieca w czasach PRL-u pomagała gospodyniom poruszać się w świecie, w którym sklepowe półki świeciły pustkami. Radziła, jak tanio i z zastępczych składników przygotować uroczysty obiad dla rodziny. Świąteczna propaganda w PRL-u W książce varsavianistki Danuty Szmit-Zawieruchy „Korzenie miasta” można przeczytać jak  kierowniczki sklepów przygotowywały swoje placówki do świąt: - Gdy zbliżały się święta wielkanocne, zwane przez propagandę wiosennymi, piękniały sklepowe wystawy. W witrynach jak rozdęte pawie puszyły się sztuczne indyki, sztuczne kaczki, a sztuczne kwoki wysiadywały gliniane jaja. Piętrzyły się atrapy wielkich szynek z kością, jak węże wiły imitacje plastikowych kiełbas. Prawdy o ówczesnym handlu nie należało jednak szukać na wystawach, tylko we wnętrzach sklepów, gdzie toczyła się ostra nieraz walka o prawdziwe cytryny, pasztety i balerony. Jednocześnie, kto żył w tych czasach, ten pamięta, że władza ludowa bardzo niechętnie wspominała o katolickich świętach. Nie miała jednak nic przeciwko postom narzucanym przez kościół. Puste półki w sklepach bardzo zachęcały ludzi do postowania. Monika Milewska, w książce „Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL” wspomina, że w tygodniu przed Wielkanocą dziennik „Życie Warszawy” pisał: - Śledzie będą zapewne jednym z najbardziej chodliwych artykułów w postnym tygodniu”. Z kolei przedświąteczne porządki przypisywano w mediach nie Wielkanocy, tylko wiośnie. Nawet symbole świąt mogły być w tym czasie powodem działań cenzorów. W 1986 r., w piśmie Powściągliwość i Praca wstrzymany został przez cenzurę rysunek autorstwa Juliana Bohdanowicza, przedstawiający wielkanocnego zajączka w otoczeniu pisanek. Dlaczego tak się stało wyjaśnia...

W warzywniakach w PRL sprzedawano gumę do żucia. Zostawała po niej historyjka. Pamiętacie co to za guma?
Adobe Stock
Newsy
W PRL sprzedawano gumę do żucia z historyjkami. Pamiętacie jej nazwę? Nie uwierzycie, ile teraz kosztuje
Białe kostki z rowkami, miały obłędny zapach i smak. Zawinięte były w kolorowy papierek z historyjką z jednej strony i kaczorem Donaldem z drugiej. To „donaldówy”.

W warzywniakach i kioskach Ruch można było dostać dwa rodzaje łakoci. Jedyne, których nie brakowało w PRL-u, w czasach, gdy ciężko było kupić inne, atrakcyjne słodycze. To były gumy do żucia. Jedne, to kolorowe kulki sprzedawane w podłużnych rynienkach, drugie, to kultowe dziś „donaldówy”. Mowa o owocowych, balonowych gumach do życia z historyjkami, za którymi przepadały dzieci. Skąd pochodzą radosne, kolorowe, pachnące gumy Donald? Początki gumy Donald sięgają 1948 roku, czasów powojennych. Holenderscy bracia Jules i Robert Markusowie, oglądając filmy wojenne, których w tych czasach powstawało mnóstwo, zauważyli, że alianccy żołnierze częściej żuli gumę niż rosyjscy żołnierze palili papierosy. Zaczęli więc produkować smakołyki do żucia w swojej wytwórni Maple Leaf, w Amsterdamie. W latach 70. firmę kupił amerykański koncern General Foods, a produkowane przez braci gumy do żucia zaczęły przeżywać rozkwit. W tym samym czasie nowy właściciel kupił od Disneya licencję na uwielbianą przez amerykańskie dzieci Myszkę Miki i jej przyjaciół, a jeden z nich – Donald stał się twarzą nowej odsłony gum do żucia. Do gum zaczęły być dołączane historyjki obrazkowe przedstawiające przygody Myszki miki, Donalda i ich paczki przyjaciół. Guma Donald – powiew zachodu dla dzieci żyjących w PRL W gumach Donald wszystko było wyjątkowe. Kostka była opakowana w bardzo kolorowy papierek co w czasach, gdy nawet Świat Młodych był jeszcze czarno – biały nie było częste. Papierek był doskonałej jakości, błyszczący, kolorowy, nie przecierał się, co nie było bez znaczenia, gdy się zbierało historyjki, wielokrotnie je wyjmowało, przeglądało czy dokonywało wymiany na inne z kolegami. Historyjki były ciekawe i zabawne, każda miała jakąś puentę. Guma nie kosztowała dużo, było na nią stać większość rodziców....