Sieci obniżają ceny i podnoszą pensje pracownikom. Ekonomiści .......Wiemy na czym w obec tego będą zarabiać i to nie jest dobra wiadomość.
Adobe Stock
Newsy

Sklepy obniżają ceny. Ekonomista: „Koszty będą przeniesione na dostawców i inne kategorie produktów”

Jeśli duże sieci obniżą ceny z tytułu zerowego VAT przy wysokiej inflacji i jednocześnie podwyższą pensje pracowników, to na czym będą zarabiać? Dr Andrzej Maria Faliński wyjaśnia kto może stracić na obniżkach.

Rząd od 1 lutego 2022 r. czasowo obniży VAT na niektóre produkty żywnościowe z 5% do zera. Klienci spodziewają się wobec tego obniżki cen podstawowych produktów takich jak pieczywo. Tymczasem ceny cały czas rosną. Czy sklepy po 1 lutego obniżą ceny o podatek VAT, czy może raczej podwyższą, ale o 5% mniej niż wynikałoby to z rachunków?

Magda Gessler odpowiada na pytania

Morawiecki: „Apeluję do przedsiębiorców o obniżenie cen o 5%”

Premier Mateusz Morawiecki wykorzystał przygotowania do obniżki podatku VAT, aby zwrócić się do producentów i sprzedawców żywności o obniżenie cen:

- Te produkty, które są dziś na stawce VAT 5 proc., zostaną objęte bez wyjątku obniżką do 0 proc. To oznacza, że wszyscy, którzy handlują tymi produktami, powinni obniżyć ceny na te artykuły.

Jednocześnie ostrzegał:

- My mamy Inspekcję Handlową i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zapewniam, że wszystkie mechanizmy po stronie państwa zostaną uruchomione, ale liczę też na aktywność obywatelską i konkurencję.

Zobacz także
Chleb nawet za… 40 zł? Właściciele piekarni mówią, że inaczej nie przetrwają podwyżek cen gazu

Chleb nawet za… 40 zł? Właściciele piekarni mówią, że inaczej nie przetrwają podwyżek cen gazu

Właściciel sieci piekarni "Putka" tłumaczy dlaczego pomimo zerowego VAT ceny nie spadną.

Prezes sieci piekarni „Putka" tłumaczy, dlaczego pomimo zerowego VAT, ceny nie spadną

Jak zareagowały sieci handlowe na czasową obniżkę VAT?

Lidl niedługo po wystąpieniu premiera ogłosił swoim klientom, że obniży ceny 2 tysięcy produktów. Do deklaracji przyłączyły się także inne sieci, mówiąc o obniżkach lub promocjach w wysokości 5 proc. 

Mirosław Wawryszczuk, dyrektor sprzedaży w sieci Stokrotka zapowiedział, że jego sieć obniży ceny aż 12 tys. produktów:

- Jako sieć zawsze postępujemy zgodnie z obowiązującymi przepisami. Dlatego w związku z zapowiadanym zmniejszeniem podatku VAT podjęliśmy decyzję, że obniżamy ceny produktów w naszych sklepach. Dzięki temu klienci będą mogli znaleźć w całej sieci Stokrotka ponad 12 tysięcy artykułów spożywczych w atrakcyjnych, niższych cenach.

Aldi chce wyprzedzić konkurencję i 5% zniżki wprowadzić już 31 stycznia.

- Nie czekamy, jesteśmy o krok do przodu. Tak powinien reagować twórca formatu dyskontu, którym jesteśmy — mówi dyrektor sieci Adam Łopatka.

Te same sieci zaczęły już zapowiadać podwyżki pensji swoich pracowników, co jest zrozumiałe biorąc pod uwagę galopującą inflację.

Trzeba jednak pamiętać, że w tym samym czasie znacząco rosną koszty sklepów z tytułu podwyżek cen energii elektrycznej i gazu oraz kosztów wytworzenia produktów. Ekonomiści liczą koszty i w żaden sposób nie wychodzą im obniżki cen w sklepach...

Apel premiera i zapowiedzi sklepów komentują ekonomiści

Eksperci podkreślają, że podczas obecnej inflacji nie widzą przestrzeni na obniżki cen, a jedynie na mniejsze o zerowy VAT, wzrosty. Uważają, że obniżanie cen na niektóre produkty uderzy w drobnych przedsiębiorców np. piekarzy, którzy produkując jednorodny towar i mając ogromne wzrosty kosztów energii i surowców, nie mogą planować żadnych obniżek. Z kolei sieci obniżając ceny chleba, prawdopodobnie podniosą ceny innych produktów.

Dr Andrzej Faliński, wiceprezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego przewiduje jak duże sieci handlowe zrównoważą sobie zapowiadane dziś obniżki:

- Nie jest wykluczone, że będzie np. 3-5 kategorii towarów tańszych. W takiej sytuacji koszty te zostaną przeniesione np. na dostawców. Ewentualnie w innych kategoriach zostaną podniesione ceny, żeby całościowo wszystko sobie zrekompensować.

Źródło: wiadomościhandlowe.pl, wyborcza.biz, infor.pl, businesinsider.pl

biedronka pensje
AdobeStock
Newsy
Podatek cukrowy to nic. Kolejny jeszcze bardziej odbije się na waszych portfelach. Koniec z tanimi zakupami
Mogłoby się wydawać, że podatek cukrowy załatwi sprawę podwyżek na ten rok. Nic bardziej mylnego! Prawdziwe podwyżki dopiero przed wami.

Już teraz, bardzo często, daje się zauważyć, że 100 zł na zakupy starcza na symboliczną ilość produktów. Drożeją napoje energetyczne, słodzone oraz tzw. małpki, czyli mini butelki z alkoholem. Co jeszcze? Podatek cukrowy jako początek zmian Na początku roku mogliście się przekonać o pierwszych podwyżkach, które działają na skalę kraju i bez wyjątku. Podatek cukrowy zmusił przedsiębiorców do podwyższenia cen napojów, w których składzie znajduje się cukier. Ceny coli, energetyków i słodzonych soków poszybowały w górę. Podatek cukrowy odczuli również konsumenci, którzy na zakupy wydają obecnie znacznie więcej. Jak się okazuję, podatek od cukru to nie jedyny pomysł rządzących na podwyżki cen w sklepach. Do produktów, które będą kosztowały znacznie więcej, dojdą niebawem i inne pozycje. Największe sieci handlowe zaczną płacić podatek handlowy Podatek handlowy to podatek od sprzedaży detalicznej. Zapłacą go największe sieci handlowe. Biedronka około 700 mln zł, Lidl kolejne 200 mln zł. Podatkiem objęte zostaną także sieci ze sklepem elektronicznym, czyli wszystkie, w których kupujecie sprzęty RTV i AGD. Efektem takiego stanu rzeczy mogą być albo wyższe ceny na półkach, albo gorsze promocje, albo twarde negocjacje z dostawcami. Z treści na portalach internetowych można również wywnioskować, że już niedługo, bo 25 lutego przedsiębiorstwa będą musiały przelać pieniądze na konto fiskusa. Już w grudniu ministerstwo Tadeusza Kościńskiego poinformowało, że rusza masowy pobór podatku. Ministerstwo tłumaczy fakt podatku handlowego jako szansę dla polskich małych i średnich sieci handlowych. Właśnie one zapłacą go znacznie mniej. Sieci będą szukać rozwiązań Mimo że Ministerstwo Finansów nie zakłada...

Drożyzna na każdym kroku. Ten codziennie używany produkt, podrożał nie o 10 czy 20, ale o 84%.
Adobe Stock
Newsy
Drożyzna na każdym kroku. Ten codziennie używany produkt, podrożał nie o 10 czy 20, ale o 84%
Jeszcze we wrześniu dziwiliśmy się, że inflacja przekroczyła 5% i jest najwyższa od 20 lat. Od tamtej pory wzrost cen jeszcze bardziej przyspieszył. A eksperci twierdzą, że to dopiero początek zmian.

O inflacji rozmawiamy już niemal codziennie. I jesteśmy coraz bardziej zmrożeni, odchodząc od kasy. Ceny zmieniają się tak szybko, że już nawet nie jesteśmy pewni, ile kosztuje masło czy chleb. W ostatnim miesiącu największe przyrosty cen objęły tłuszcze spożywcze. I jest wśród nich rekordzista, którego w kuchni używamy codziennie. Co będzie dalej? Tłuszcze i artykuły sypkie to najszybciej drożejące grupy produktów Produkty tłuszczowe w ostatnim miesiącu zdrożały aż o 60%, a liderem w tej grupie jest olej. Jego ceny wzrosły o 84% i to do tej pory absolutny rekord. Pewnie dziś premier, Mateusz Morawiecki już nie powtórzyłby swoich słów sprzed dwóch miesięcy, ze inflacją nie należy się martwić, bo pensje rosną szybciej niż ona. Chyba nie ma w Polsce osób, których pensje dogoniłyby tak dynamiczne wzrosty cen. Drugie w kolejności pod względem rosnących cen, są artykuły sypkie. Mąki i kasze podrożały o 17%, a więc też znacznie ponad to, co pokazują wskaźniki inflacyjne. Wśród artykułów sypkich rekordowe wzrosty zanotowały: Sól – 39,3% Cukier – 28% Te dwie grupy produktów martwią tym bardziej, że to podstawowe artykuły spożywcze, nie tylko używane codziennie w każdej kuchni, ale też wykorzystywane do przygotowywania prostych i tanich posiłków przez osoby najuboższe. To oznacza, że obecna inflacja jest najbardziej dotkliwa dla osób najbiedniejszych. Tak wyglądają wzrosty cen produktów spożywczych Także pozostałe, podstawowe produkty, które codziennie trafiają do zakupowego koszyka Polaków, wyraźnie podrożały: Mięso o 8%. W tym wołowina o 9,5%, a drób o 16,5% Dodatki spożywcze o 6% Nabiał o 4,5% Poza wzrastającymi cenami produktów żywnościowych, portfele drenują...

Jedzenie drożeje, a Mateusz Morawiecki odcina się od wpływu rządu na inflację: „Płace rosną szybciej”
Adobe Stock
Newsy
Jedzenie drożeje, a Mateusz Morawiecki odcina się od wpływu rządu na inflację: „Płace rosną szybciej”
Czy ceny rosną? W jakim tempie? To osobiście widzi każdy z nas. Dziś, za te same zakupy zapłacimy dużo więcej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Zawartość portfeli topnieje nam błyskawicznie. Czy powinniśmy się martwić?

Premier Mateusz Morawiecki coraz częściej jest pytany o powody wzrostu cen , które w sierpniu w stosunku do zeszłego roku, poszły w górę o 5,4% W rozmowie z RMF premier podkreślał, że inflacja nie zależy od działań rządu, a reakcja na nią nie należy do rządzących, bo polityka monetarna prowadzona jest całkowicie niezależnie, przez bank centralny, czyli Narodowy Bank Polski. To ciekawe spojrzenie, zwłaszcza jeśli pamięta się, co o poprzedniej 3%-owej inflacji za czasów rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego mówili dzisiejsi rządzący, raz po raz organizując przed kamerami pokazowe zakupy. Od kogo zależy inflacja i kto ma na nią wpływ? Tym razem premier uważa, że rosnące ceny nie są winą rządu, wskazuje na makroekonomiczne powody inflacji, leżące poza obszarem działania Polski, jak podwyżki cen ropy i surowców na świecie. Premier przekonuje też, że inflacja nie ma miejsca jedynie u nas, bo borykają się z nią także Węgry, Czechy czy inne państwa Europy środkowej. Szef rady ministrów dodaje, że ceny co prawda rosną, ale pensje rosną jeszcze szybciej dzięki czemu w kieszeniach Polaków zostaje wystarczająca ilość gotówki na tzw. życie. Co drożeje szybciej, a co wolniej? GUS ogłaszając, że ceny w sierpniu wzrosły aż o 5,4% potwierdził, że takiej inflacji nie było w Polsce od 20 lat. Jednak nie wszystkie ceny podnoszą się równomiernie. Przytaczany wskaźnik inflacji na poziomie 5,4% pokazuje tylko, że w gospodarce ceny wzrosły właśnie o tyle. Najwyższe wzrosty ekonomiści widzą w cenach paliw, energii elektrycznej oraz gazu. Np. koszty transportu wzrosły w skali roku aż o 16%, a to one mają kluczowy wpływ na wszystkie inne produkty. Transport żywności, ale też jej produkcja, do czego wykorzystywana jest energia elektryczna, to tylko...

Kobieta z wózkiem na zakupy
Adobe Stock
Newsy
Podatek cukrowy uderzył po kieszeni Polaków. Rząd w lutym wprowadza kolejny. Zapomnicie o tanich zakupach
Dobrze już było. Po podatku cukrowym rząd wprowadza kolejny. Tym razem obłoży nim wielkie sieci sklepów spożywczych.

Podatek od sprzedaży detalicznej, czyli podatek handlowy, miał być wprowadzony już dużo wcześniej. Politycy rządzącego Prawa i Sprawiedliwości w ten sposób chcieli ponoć wyrównać szansę między krajowymi, a zagranicznymi sieciami sklepów. Krótko mówiąc, nowa danina najbardziej uderzy w największe sklepy. Wielkie sieci, takie jak Biedronka czy Lidl będą musiały uiszczać do Skarbu Państwa podatek od wielkości sprzedaży. Rząd wymierza cios wielkim sieciom A więc – im większa sprzedaż w danej sieci, tym większa należność oddawana fiskusowi. Co to oznacza dla klientów? Nie mamy dobrych wieści. Tak jak było to w przypadku podatku cukrowego, znowu zanosi się na to, że sklepy przeniosą koszty nowej daniny na klientów. Rząd dostał wreszcie zielone światło na wprowadzenie nowej opłaty od instytucji europejskich. Wcześniej była ona przedmiotem dyskusji Rady Ministrów z Komisją Europejską. W związku z tym, naliczanie opłat, państwo zacznie dopiero od 25 lutego. Już teraz ruszyły domysły, jak sklepy zareagują na taki finansowy cios od rządu. Efekt podatku? Wyższe ceny Eksperci nie pozostawiają złudzeń. Wbrew opiniom rządowych ekspertów, nie zanosi się na to, że sklepy zrezygnują z podwyżek. Proces rośnięcia cen rozłoży się w czasie, ale to właśnie w ten sposób wielkie sieci spożywcze powetują sobie straty z tytułu podatku handlowego. Innym rozwiązaniem może być ograniczenie popularnych akcji promocyjnych, od których roi się w różnego rodzaju gazetkach przygotowywanych przez sklepy. Fachowcy wieszczą także trudne czasy dla dostawców i producentów żywności współpracujących ze sklepami. Sklepy mogą chcieć przerzucić część kosztów także na nich, i narzucić gorsze warunki podczas negocjacji kontraktów.