Pamiętacie kolejki przed mięsnym. Ludzie stali w nich godzinami. Mieli więcej czasu czy byli bardziej cierpliwi?
Adobe Stock
Newsy

W kolejkach przed mięsnym stało się w PRL-u godzinami. Byliśmy cierpliwsi czy mieliśmy więcej czasu?

Myślicie, że w czasach PRL żyli inni ludzie niż dziś, bo stali w kolejkach, w których wy nigdy byście nie stali? Nic podobnego. Stali, bo musieli stać. To był jedyny sposób kupienia mięsa.

Sklepy mięsne w czasach komunizmu, gospodarki planowanej i kryzysu w latach 70. i 80. bardzo różniły się od tych, które znamy dziś. Pierwszą różnicą, jaka się nasuwa, jest kolor. Dziś, gdy wchodzimy do sklepu mięsnego czy choćby działu mięsnego w markecie, dominuje kolor różowy. To kolor mięsa za ladami.

Wołowina, wieprzowina, drób, a także wędliny ułożone obok siebie, odbijające się od szklanych lad, oświetlone ciepłym światłem, nabierają czerwono-różowego koloru. W dawnych sklepach mięsnych, jakie niektórzy pamiętają z czasów PRL, dominującym kolorem był szary.

I to nie był kolor smutnej, szarej rzeczywistości, ale metalowych, pustych haków zamocowanych do ścian. Na tych hakach powinny wisieć płaty mięsa i pęta kiełbasy. Zamiast tego straszyły puste, szare haki.

Magda Gessler odpowiada na pytania

Takie zasady panowały w sklepach mięsnych w PRL

Nigdy w sklepie nie było pełnego asortymentu mięsa i wędlin. Z reguły przywożono „jakieś" mięso i „jakąś" wędlinę. Gospodynie w tamtych czasach nie wychodziły do sklepu po schab na kotlety czy szynkę na kanapki.

O tym co zrobią na posiłki, myślały dopiero wtedy, gdy wychodziły ze sklepu z już kupionymi produktami. Bo dopiero wtedy wiedziały, że mają żeberka wieprzowe, a nie schab, a ponieważ szynki nie było, na kolację w domu będą kanapki z baleronem albo mortadelą.

W latach 80. dodatkowo do sklepu wychodziło się z kartkami na mięso i wędlinę. I można było dostać tylko tyle i tylko takiego rodzaju, jaki przewidywał „przydział”. Kolejki przed sklepami mięsnymi zwykle ustawiały się już od rana, choć w tym czasie w sklepie było całkiem pusto. 

Na kilku hakach wisiała zaledwie słonina. Zaopatrzenie docierało dopiero koło południa. Nie tylko nie było wiadomo jaki towar przyjedzie, czyli „co rzucą”, ale także kiedy to dokładnie będzie. Stała więc kolejka przed sklepem od samego rana, czasem do popołudnia. Kupienie kawałka mięsa zajmowało więc przynajmniej parę godzin.

Niektórzy dziś twierdzą, że gdyby nie te wielogodzinne kolejki po mięso, to może komunizm nie upadłby do dziś. Mają na myśli to, że ludzie byli umęczeni kryzysem, brakiem produktów w sklepach i kilometrowymi kolejkami po produkty codziennego użytku, nie tylko mięso i wędliny, ale też choćby papier toaletowy, co w filmie „Nie lubię poniedziałku” uwiecznił Tadeusz Chmielewski. I to zmęczenie wyrażali w protestach i strajkach.

Zobacz także
Ten niepozorny, szary kartonik, w PRL-u był cenniejszy od pieniędzy. Kto go miał?

Ten niepozorny, szary kartonik w PRL-u był cenniejszy od pieniędzy. Kto go miał?

Ta szynka dla ubogich była hitem PRL-u. Panierowano ją i smażono. Pamiętacie jak smakowała?

Ta „szynka dla ubogich” była hitem PRL-u. Panierowano ją i smażono. Pamiętacie, jak smakowała?

Tworzono listy kolejkowe, pojawili się „stacze kolejkowi”

Stanie w kolejkach było najbardziej uciążliwe z tego powodu, że tak naprawdę nigdy nie wiadomo było czy towar dotrze do sklepu i kiedy dotrze. Ponieważ jednak ludzie normalnie pracowali i większość nie mogła sobie pozwolić na stanie w kolejce przez pół dnia, wymyślali różne metody na ten trudny czas: 

  • Tworzyli listy kolejkowe, dzięki czemu tylko niektórzy, dysponujący czasem, czekali w kolejce i pilnowali, żeby do drzwi sklepu nie podszedł ktoś, kto wcześniej nie stał w tej kolejce
  • Inni zapisywali się na listę, biegli do pracy i wracali do kolejki wtedy, gdy jak sadzili, samochód z zaopatrzeniem mógł już dotrzeć
  • Rodziny wymieniały się w ogonkach. Rano w kolejce stawała mama, zapisała się na listę kolejkową, a gdy w południe ze szkoły wracały dzieci, to ona stawały w zajętej kolejce
  • Rodzina miała szczęście, gdy wśród domowników była babcia lub dziadek. Wtedy to oni brali składany stołeczek i szli stać, a właściwie siedzieć w kolejce i pilnować miejsca
  • Kolejkę mogła też zająć sąsiadka, lub profesjonalny, opłacany „stacz”. To osoba, która dorabiała sobie w ten sposób, że zajmowała za kogoś kolejkę i stała w niej kilka godzin, a za poświęcony czas, była opłacana

Czy w PRL żyli inni ludzie niż dziś?

Myślicie, że w czasach kolejek ludzie krócej pracowali i mieli więcej wolnego czasu? A może, że nie żyli w takim pośpiechu jak dziś i byli bardziej cierpliwi? Pewnie trochę mniej pracowali, jednak organizacja życia i zaopatrzenie rodziny kosztowała tak dużo czasu, że tego wolnego nie zostawało dużo więcej.

I choć pewnie nie spieszyli się aż tak, jak spieszymy się dziś, to wcale nie mieli więcej cierpliwości. Tak samo nie lubili stać w kolejkach jak my dziś. Nie mieli jednak innego wyjścia. To była jedyna rzeczywistość, w której żyli.

Czy ktoś z was pamięta jeszcze tamte czasy?

Źródło: dziennikzachodni.pl

Przedświąteczne zakupy w PRL-u: długie kolejki, brak karpia i propaganda w prasie.
Adobe Stock
Newsy
Przedświąteczne zakupy w PRL-u: długie kolejki, brak karpia i propaganda w prasie. Pamiętacie?
Przedświąteczny czas ludzie spędzali w kolejkach po mięso, karpie czy owoce cytrusowe. Jeśli nie było bakalii, zamiast orzechów i skórki pomarańczowej używali do ciast kruchych ciastek i ...marchewki. Tak wyglądały święta w PRL-u

Dziś trudno już sobie dziś wyobrazić jak gospodynie pokonując trudności z zaopatrzeniem sklepów, były w stanie przygotować święta. Wiele osób „polowanie” na świąteczne specjały rozpoczynało na długo przed świętami. Mimo to na stołach w tamtych czasach zawsze był barszcz z uszkami, bigos, pasztety, wędliny, a nawet bakalie i pomarańcze. Obfitość dań była jednak okupiona czasem spędzonym w kolejkach przed sklepami. „Dzięki pracy narodu, karp kiedyś będzie dostępny bez trudności” W późnych latach 70. i 80 nie było łatwo przygotować się do świąt. W sklepach brakowało wszystkiego: smalcu, mięsa, maku, a także karpi i śledzi. Od końca lat 70. niektóre towary były reglamentowane. Na początku na kartki można było kupić cukier, mięso i wędliny. Z czasem zaczęto wydawać kartki nawet na masło, smalec, czekoladę, mąkę, kaszę i ryż. Skoro nawet karpia nie można było dostać bez długich kolejek, władza ludowa poprzez media tłumaczyła Polakom, że przyjdą takie czasy, gdy karpia będzie się kupować, a nie zdobywać. Tę rzekomą poprawę sytuacji z zaopatrzeniem poparła propagandą stanu wojennego, w której wskazywała na potrzebę „rzetelnej pracy”. 24 grudnia 1982 r. w Dzienniku Łódzkim można było przeczytać: - Z chowem karpia w stawach jest dokładnie tak samo, co z całą naszą gospodarką: te same dręczą je choroby, ta sama terapia może je wyleczyć. Recepta jest prosta. Improwizację musi zastąpić konsekwentna gospodarka poparta rzetelną pracą. Innego wyjścia nie ma. Dopiero gdy to osiągniemy, można będzie dążyć do czasów, gdy karp tak jak niegdyś znów się stanie towarem, który się po prostu kupuje, a nie zdobywa. Przygotowania do świąt były sterowane centralnie 21 grudnia 1982 r. Dziennik...

Ta szynka dla ubogich była hitem PRL-u. Panierowano ją i smażono. Pamiętacie jak smakowała?
Adobe Stock
Newsy
Ta „szynka dla ubogich” była hitem PRL-u. Panierowano ją i smażono. Pamiętacie, jak smakowała?
Była sprzedawana jako wędlina drugiego gatunku. Można ją było kupić na kartki, dorosłej osobie należało się 85 dag miesięcznie. Jadano ją na zimno i na ciepło. Jaką woleliście?

Mortadela to wędlina, którą wytwarza się z wieprzowiny, słoniny, oraz dodatku innych skrawków mięs. W czasach PRL nie była szczególnie ceniona.  Uważano, że jest w niej wprost wszystko, nazywano „wędliną-śmietnikiem” i porównywano do bajaderki w cukiernictwie. Dzisiejsze mortadele mają znacznie lepszy skład, natomiast te produkowane w ojczyźnie tego rodzaju wędliny – we Włoszech, są uznawane za przysmak i osiągają ceny porównywalne z cenami szynki. Mortadela w PRL-u była wędliną drugiej jakości  Szeroka kiełbasa mortadela, przez niektórych była w PRL-u nazywana także „szynką dla ubogich”. Te niepochlebne nazwy brały się stąd, że istniało przekonanie, że w składzie wędliny znajduje się wszystko, z wyjątkiem mięsa. Mortadela była przede wszystkim używana na kanapki, jednak zaradne gospodynie przyrządzały z niej obiad i smażyły w panierce z jajka i bułki tartej, jak kotlet schabowy. Schabowy z mortadeli był słony, bo i sama wędlina zawierała bardzo dużo soli. Był jednak obiadową alternatywą w czasach, gdy w kolejce przed sklepem mięsnym można było stać godzinami, nie będąc pewnym, czy jakikolwiek towar zostanie dowieziony. Do tego kartki na pierwszy gatunek mięs i wędlin przewidywały bardzo ograniczony przydział, który szybko się wyczerpywał, a obiady trzeba było jeść przez cały miesiąc. To dlatego gospodynie kupowały wędlinę drugiej jakości, czyli rzeczoną mortadelę i robiły z niej kotlety na obiad. Do kotletów podawano gotowane ziemniaki i dowolną surówkę. Skąd wywodzi się mortadela? Pochodzenie wędliny jest przypisywane Włochom. Nazwa mortadela wywodzi się z łaciny i oznacza kiełbasę o drobno mielonym mięsie, z dodatkiem mirty, dawnego zioła hodowanego w basenie Morza Śródziemnego, dziś praktycznie nie...

jedzenie w prl
bogusia82/gotujmy.pl
Przepisy
Tak gotowano w czasach PRL! Aż łza się w oku kręci!
Jeśli tęsknicie do smaków ze swojego dzieciństwa lub młodości, to mamy dla was nie lada gratkę! Dziś wspominamy przepisy z PRL – sprawdźcie jakie!

Stare przepisy z PRLu wracają do łask i nic dziwnego! Są tanie i proste w przygotowaniu. W tamtych trudnych czasach zdobycie różnych składników graniczyło z cudem, a o stosowanych przez nas na co dzień przyprawach nikt nawet nie słyszał. Dlatego kuchnia PRL-u bogata jest w proste przepisy, z łatwo dostępnych składników. Kogel mogel Dziś pewnie mało kto by się odważył na ten deser w obawie przed chorobami, które mogą znajdować się w surowych jajkach. W końcu kogel mogel to po prostu surowe żółtka ucierane z cukrem! Mimo to, jako dzieci zajadaliśmy się tym przysmakiem. Fasolka po bretońsku Fasola z koncentratem pomidorowym to kolejne danie kuchni PRL. W wersji „na bogato” zawierało jeszcze kiełbasę lub inne mięsa. Z tego powodu część osób nie przepadała za tym daniem, ponieważ zamawiając fasolkę po bretońsku w lokalu czasami nie wiadomo było jakiego wkładu mięsnego można się spodziewać… Sałatka jarzynowa Sałatka z powodzeniem przetrwała do naszych czasów. Najczęściej przygotowywana jest na święta, choć wiele gospodyń przygotowuje sałatkę po rosole. W końcu najlepsza sałatka jarzynowa to ta z jarzyn z rosołu! Paprykarz szczeciński Paprykarz to kolejny przysmak, który dotrwał do naszych czasów i nadal można kupić go w sklepie. Ryba z ryżem, pomidorami i papryką nadal ma wielu zwolenników, choć nie wszyscy przepadają za tym daniem. Kotlety z mortadeli Gdy na sklepowych półkach brakowało dosłownie wszystkiego, ludzie łapali się czegokolwiek, by móc wyczarować obiad. Tak powstały kotlety z mortadeli, czyli plastry kiełbasy składającej się z mielonego mięsa, przypraw i tłuszczu  obtoczone w bułce tartej i smażonej na patelni, jak kotlety. Mortadela była dużo łatwiej dostępna i zdecydowanie tańsza od mięsa, dlatego takie kotleciki...

Pamiętacie ten przedmiot? To zwykle dzieci chodziły wymieniać go w sklepie na pełny
Wikipedia Commons
Newsy
Pamiętacie ten przedmiot? Też chodziliście jako dzieci wymieniać go w sklepie na pełny?
Woda sodowa była rarytasem w czasach, gdy nie było gazowanych napojów. I choć często pito ją ciepłą, nikt nie narzekał. Bębelki drażniły gardło i doskonale zaspokajały pragnienie.

Ten rodzaj dużej szklanej butli wypełnionej wodą sodową niektórzy z was pamiętają pewnie z czasów PRL-u. To właśnie wtedy szklane syfony do ponownego napełniania trafiły do naszych sklepów. Od tego momentu wodę gazowaną Polacy mogli pić nie tylko w barach na dworcach czy z saturatorów na ulicach. Mogli ją przynieść do domu i w domu delektować się bąbelkowym płynem. Historia wody sodowej Wodę sodową wynalazł angielski chemik, Joseph Priestley. Nasycił ją dwutlenkiem węgla, który uzyskał z kwasu i sody. Od tych składników pochodzi nazwa: woda sodowa. Działo się to w roku 1777. Z kolei w XIX w. we Francji opracowano syfon przeznaczony do przechowywania wody sodowej. Był to duży pojemnik z grubego szkła, z charakterystycznym zaworem. Po otwarciu zaworu, ciśnienie gazu znajdującego się w butli, wypychało wodę gazowaną na zewnątrz. Były napełniane wodą sodową, a po wyczerpaniu, wymieniane na pełne. W wielu rodzinach zadanie wymiany pustych butli na pełne należało do dzieci. Nierzadki w czasach PRL-u był widok dziesięciolatka, który wrócił ze szkoły, rzucił tornister, wziął pusty syfon po wodzie sodowej, smycz i wolnym krokiem razem z psem szedł do najbliższego spożywczaka po napełniony syfon. Szklane syfony z czasem zostały wyparte przez nowoczesne autosyfony, przeznaczone do samodzielnego napełniania za pomocą nabojów z dwutlenkiem węgla. Popularne napoje z czasów PRL-u We wczesnym PRL-u ludzie nie mieli do picia w domach gazowanych napojów. Gdy byli spragnieni, pili herbatę, albo kompot. Woda sodowa nie była dostępna. Do czasu gdy pojawiły się szklane syfony. Na mieście można było dostać z kolei wodę sodową z saturatora. Tak o nich pisała „Polityka” w artykule „Wrotki, saturator, wuwuzele — czyli wakacyjne hity...